Był sobie dom...

Jarosław Czechowicz

Portal internetowy g-punkt.pl 5.06.2010

Jenny Erpenbeck to pisarka specyficzna i niezwykła. Trudno bowiem w statyczny sposób opisywać sytuacje bolesne, traumatyczne, zmieniające bieg życia i ludzką świadomość. Erpenbeck udowodniła, że można to robić wydanym przed dwoma laty wstrząsającym Słownikiem. Chociaż jej kolejna powieść Klucz do ogrodu podejmuje nieco inną tematykę i w zestawieniu ze Słownikiem nie wypada tak wspaniale, warto przyjrzeć się temu, w jaki sposób między słowami ukryć można treści, jakich słowa wyrazić nie potrafią.

Niemym bohaterem historii rozgrywającej się na przestrzeni wieku jest pewien dom wraz z przylegającym do niego ogrodem. Trudno tutaj jednak mówić o jednej historii, albowiem Erpenbeck w niezwykły sposób łączy kilkanaście opowieści, kilkanaście ludzkich dramatów rozgrywających się w przestrzeni domu, który będzie świadkiem wzruszeń, tęsknot, bólu, rozczarowań, smutku i żalu. Opowieść z wyraźnie nakreślonym początkiem i końcem (symboliczny prolog i epilog zamykający w sobie rozważania o życiu całkiem od siebie różnych, a tak przecież podobnych ludzi) jest metaforyczną podróżą przez czas, bo jego upływ ma w tej książce ogromne znaczenie.

Po raz pierwszy w domu nad Jeziorem Brandenburskim pojawiamy się w XIX wieku, by poznać opowieść o sołtysie i jego czterech córkach. Najmłodsza z nich, Klara, wydaje się być najważniejsza, bowiem wraz z jej przyjściem na świat nastąpiło odejście matki. Erpenbeck już na początku sygnalizuje, że mamy tutaj do czynienia z historią, w której wzajemne zależności życia i śmierci będą ukazane na przestrzeni lat. Te zależności pożerały życie, niszczyły je niczym dwa wojenne kataklizmy Europę, dawały chęć do życia i odbierały temu życiu radość.

Biografie kolejnych mieszkańców to przykłady dramatycznych pragnień zatrzymania życia i udręk, które wynikają z faktu, iż na tym okrutnym świecie żyć nadal trzeba. Poznamy między innymi losy pewnego żydowskiego małżeństwa i tragiczny koniec marzeń o spokojnej egzystencji. Spotkamy żołnierza Armii Czerwonej, który swą służbą wojskową mści się za śmierć najbliższych, nie walcząc dla ojczyzny, lecz przeciw obczyźnie. Wraz z domem odkryjemy rozterki pewnej wysiedlonej na wschód pisarki, dla której najważniejszy jest powrót (czy daje jej jednak spełnienie?). Poznamy historię pewnego uciekiniera z Niemiec Wschodnich, dla którego niezgoda na to, gdzie i w jaki sposób żyje staje się początkiem dramatu życia pozornego.

Erpenbeck zbiera różne opowieści i nadaje im pewną cechę wspólną. Próbuje nazwać ogrom przerażających doświadczeń za pomocą metaforyki stabilnego domu i ogrodu pełnego tajemnic. Niemiecka pisarka tworzy rozłożoną w czasie opowieść o tym, co buduje się we wnętrzu nas samych, kiedy zrastamy się z pewnym miejscem i nawiązujemy z nim emocjonalną więź. Ten, kto buduje, przykleja swoje życie do ziemi, tak to jest. Nadawać trwaniu kształt to jego zawód. Tworzyć wnętrze. Tam, gdzie nie ma nic, drążyć coraz głębiej. Erpenbeck opowiada o efemeryzmie ludzkiego trwania, ale jednocześnie z losów jednostek ludzkich tworzy traktat o czymś, co jest nieśmiertelne. A tym czymś na pewno jest dom. I nie ma znaczenia, iż może czekać go koniec taki jak jego mieszkańców. Bo koniec u Erpenbeck jest jednocześnie początkiem. W tym znaczeniu Klucz do ogrodu jest historią, która wiecznie trwa.

Istotna jest w tej książce postać Ogrodnika, opiekuna domu, milczącego człowieka trwającego na swym stanowisku w skupieniu i z pokorą. Ogrodnik niczego nie komentuje, a tylko obserwuje. Coraz to nowi właściciele, inne obyczaje. Zachowuje się jak dom, dla którego każda mroczna tajemnica opisana przez Erpenbeck jest tajemnicą wieczną. Dzięki temu Klucz do ogrodu staje się książką o zachowywaniu opowieści w stanie nienaruszonym, która zarazem dzieli się z czytelnikiem tymi opowieściami w sposób bardzo subtelny.

Słownik był opowieścią o okaleczonej duszy, dla której nazywanie świata na nowo jest jedynym sposobem zacierania życiowej traumy. Klucz do ogrodu to historia nazywania, bez określania tego, co może być najważniejsze. To taka opowieść o okaleczonym miejscu. Miejscu, które łączy ludzi, ale nie potrafi ich zatrzymać.